Słowo daję, że popadnę w depresję.

Nie wyspałam się, a początek dnia miałam piękny.
Jak już zrobili sobie tą imprezę z okazji czterdziestolecia szkoły, to niech sami zanoszą krzesła do sal, a nie zaganiają nas do takiej roboty o 7:30.

Jedynym plusem dzisiaj była czwórka z chemii.
I tu się sprawdza stare, mądre porzekadło: „głupi ma zawsze szczęście”.
Niczego się nie uczyłam, bo nie miałam kiedy, a tu proszę, cztery z minusem. Heh…

Okazało się też, że dwójkę z geografii (do której się uczyłam) poprawiłam na pałę (a na poprawę też się uczyłam), jak każdy kto do poprawy przystąpił. W sumie dziwne, bo umiałam o wiele lepiej niż za pierwszym razem, a ocena gorsza…

Matka w domu rzuca się na mnie o byle pierdołę (mogła się wyspać, a nie się teraz na mnie wyżywa), a mój Najmroczniejszy odwleka swój przyjazd.

Jutro mam przyjść na galowo (sic!). Jutro też wyniki z matematyki, z której pewnie też mam pałę, pomimo wielogodzinnej nauki.

Prawdopodobnie odwołają grudniowy Ecchicon

Jesienna depresja?

Amen.