No i szkoła się zaczęła…
Nowe miejsce, nowi ludzie. W sumie nie jest tak źle, jak się spodziewałam, ale już po pierwszych trzech tygodniach nauka mnie wykańcza… I te dojazdy, niemal półtorej godziny w jedną stronę zatłoczonym autobusem.
Na dodatek się pochorowałam, wychowawczyni wygoniła mnie na dzisiaj do domu… Upiekło mi się kilka lekcji i sobotnie odpracowywanie któregoś-tam wolnego dnia listopada.

Klasa jest normalna, bez rewelacji, ale pierwszy raz nie słyszę na lekcjach co kilka minut uwag w stylu: „Robert, usiądź prosto! Dominik, nie bujaj się na krześle! Kaśka, schowaj ten telefon!” ^^

Mam w klasie jeszcze trzydzieści jeden osób (z tego co pamiętam, bo już jakieś zmiany były. Ktoś doszedł, ktoś inny odszedł, a ja gubię się w rachunkach).

Profil matematyczno-informatyczno-fizyczny, nie każdemu się to podoba, kilka osób jest z przypadku, bo do innych klas ich nie przyjęli. w tygodniu 37 godzin, do tego kółka. Wsadzili mnie do grupy początkującej, jeśli chodzi o język angielski. I dobrze, podszkolę się… Całe szczęście tylko, że nie ćwiczymy tam kolorów albo liczebników oO

Nauczyciele też nie są źli, naszą wychowawczynią jest matematyczka, więc pewnie z tym przedmiotem problemów nie będzie.

* * *
Ostatnio spotkałam się z moim Kochaniem. I całe szczęście, wyjaśniliśmy sobie kilka spraw. Po małym kryzysie znów wszystko jest w porządku i miejmy nadzieję, że tak zostanie.

* * *
Bierzmowanie zbliża się wielkimi krokami, jednak przed tym muszę się przemęczyć kilka tygodni chodząc na spotkania… Nie było by tak źle, gdyby nie były jedynie po to, abyśmy ćwiczyli śpiewanie jakiegoś hymnu… I czemu w piątek i to jeszcze od 19:00? Jakbym nie miała co robić… Całe szczęście, że już tylko niecały miesiąc i koniec tej udręki ze spotkaniami… ><

Spaaać…