Po raz kolejny coś utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem psychicznie (albo emocjonalnie, zależy od koncepcji) dojrzalsza niż niektórzy, znani mi rówieśnicy.
Dlaczego?
Gdy miałam trzynaście, może czternaście lat stwierdziłam, że nie będę mieć chłopaka. Że jest mi on niepotrzebny, że mam inne rzeczy na głowie niż szukanie swojej miłości ‚na chama’.
Uważałam wszystkie swoje zakochane rówieśniczki za głupie, nieoświecone.
Ale to na szczęście minęło szybko, prawie tak nagle, jak się zaczęło.
Teraz lat mam prawie szesnaście, a kilka moich znajomych w tym samym wieku (może nawet starszych, bo ja z listopada, więc starszym o kilka miesięcy być nie trudno) oznajmia mi, że właśnie zerwały ze swoimi chłopakami i zostają feministkami.
Ale tu nie chodzi o feministki walczące o równouprawnienie czy wolność słowa kobiet w niektórych krajach.
Ten ‚feminizm’ nie uznaje czegoś takiego, jak mężczyzna…
Znamy pojęcie – znaczenia już nie.
Wystarczy nadmienić, że jedynie feminizm lesbijski zupełnie odcina się od społeczności męskiej i uważa ją za niepotrzebną, a już zaczyna się gęste tłumaczenie, że to nie chodzi o całkowite nieuznawanie, że uznaje się tylko w stopniu przyjacielskim – żeby tylko nie wyjść na hetero…
A potem ten tzw. feminizm idzie się kochać.
U co drugiej osoby w opisie na GG widzę tylko miłosne wyznania („KC <R3 :*”) do domniemanych ukochanych, a w rozmowach ze znajomymi nie uda mi się uniknąć opowieści, jak to było fajnie w parku czy kinie i jacy cudowni są ich obecni.

Nie chodzi mi tutaj o ten niby feminizm, bo przez to przechodzi co najmniej 50% społeczeństwa. Chodzi mi raczej o niestałość w uczuciach.
Czemu dziwić się, że dorośli uważają nas za nieodpowiedzialnych i niekonsekwentnych, kiedy co dzień przyprowadzamy do domu innego chłopaka oznajmiając, że to już na pewno ‚ten jedyny’?
Dzięki Bogu nie przeszłam przez ten okres i już pewnie nie przejdę.

Może myślę inaczej niż inni, ale dziwi mnie też miłość do aktorów, piosenkarzy…
Chodzi mi o robienie sobie nadziei, że kiedyś się ich spotka, że kocha się ich z wzajemnością.
Rozumiem miłość nastolatek do zespołów przez nastolatków zakładanych, ale kiedy przykładowa Ania (lat dwanaście) zakocha się w Orlando Bloom’ie albo jakiejś postaci, którą gra? Różnica tylu lat, dwa różne światy, ale Ania i tak będzie sobie robiła nadzieję. Co dzień będzie godziny wpatrywała się w jego plakat i marzyła o tym, że kiedyś będą razem.
Mówi się, że to jest normalne (bo dojrzewanie, bo hormony), że każdy przynajmniej raz zakocha się w osobie dla niego nieosiągalnej.
Więc czy ja jestem nienormalna? Że nie zakochałam się w Depp’ie albo nie płakałam, kiedy Rubikowie się pobrali?
Jestem nienormalna, bo nie mdleję na koncertach Tokio Hotel czy US5, na które i tak nie chodzę?
Dla mnie jest to stan normalny.

I teraz nasuwa się pytanie: czy biorę wszystko poważnie i myślę kryteriami osoby bardziej rozwiniętej emocjonalnie od rówieśniczek, czy jestem nienormalna, że omijam te wszystkie etapy dojrzewania emocjonalnego szerokim łukiem?

A odpowiedzi się obawiam…