last-episode blog

Twój nowy blog

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie.
Wstaję – noc. Wracam – noc.
I niby wszystko dobrze, bo jak noc, to i spać można.
I cały dowcip polega na tym, że nie ma kiedy.
A jak jest, to wszystko na przekór.
Pies szczeka, kot drapie pazurami po twarzy.

Nie spałam od jakiś trzech dni. Wiadomo, że koniec semestru, nauczyciele jakby się obudzili i zasypują nas kartkówkami, odpytywaniem i sprawdzianami, bo „ocen za mało i nie ma z czego semestralnych wystawiać”.

Szykują się kolejne święta spędzone z matką w domu.
Spotkanie z Najmroczniejszym i wyjaśnienie sobie kilku spraw na nic się nie zdało.
Dalej mnie ignoruje na rzecz gry, a jak już napisze, to zdziwiony, że się nie odzywam.
Mieliśmy się więcej nie kłócić, a i tak to robimy. O tą durną grę i brak czasu. A mi jest źle, że jest przeze mnie smutny. Stara się, widzę to i doceniam. Ale mam nadzieję, że zrozumie, że potrzebuję Jego uwagi częściej, niż raz w miesiącu.

Męczę książkę od półtora miesiąca, a jestem na trzydziestej czwartej stronie.
Nie, żeby była nieciekawa – wręcz przeciwnie! Ale coraz to nowe lektury, dużo nauki i prac domowych sprawiają, że jestem w stanie przeczytać jakieś trzy czy cztery strony na dzień.
Ciekawe, że sam prolog ma sto stron, a cała książka – pięćset.
I ponoć prolog jest zupełnie oderwany od kontekstu, ale co tam. Opisy świetne, tylko przekład nieco kiepski. Zwłaszcza ’0′, które figuruje w kilku miejscach zamiast litery ‚O’. No i źle poustawiane znaki przestankowe, ale cóż. Czego wymagać po polskim przekładzie? Będę znała lepiej angielki, to zacznę czytać oryginały. W chwili obecnej nie mam na tyle odwagi, samozaparcia i umiejętności.

Sama dziewczęca nie jestem, ale denerwują mnie dwie dziewczyny z klasy spierające się o to, czy lepszy jest Jaguar, czy może Lamborghini. Na dodatek machanie mi zdjęciami samochodu przed nosem nie jest ani zabawne, ani bezpieczne.
Co ja poradzę, że nie żywię płaską miłością pojazdów czterokołowych? Zdecydowanie bardziej wolę książkę, dobry film czy jakąś mangę, niż spieranie się o to, który samochód ma lepsze kołpaki i logo.

Na szczęście ferie świąteczne równają się totalnemu lenistwu. Będę mogła odpocząć psychicznie od szkoły, klasy i reszty świata, który praktycznie mnie nie widzi.
Ach, i w przyszłym roku idę na etykę. Religia, gdzie jedyne, co robimy, to przepisywanie namiarów na fragmenty Biblii, to nie jest dla mnie religia. To tylko sucha teoria, która nie ma zastosowania.
Jeśli katechetka nie zmieni podejścia do nauczania, to ja bardzo dziękuję. Wolę rozmawiać o tym, czy kłamstwo jest dobre czy złe, oraz doszukiwać się psychicznego podłoża nietolerancji.

Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że ‚depresja’ i ‚jesienna depresja’ to nie jest jedno i to samo.
Depresja to choroba, leczona z resztą i wszechobecna na całym świecie.
Jesienna depresja to pewien rodzaj samopoczucia.
Człowiek sobie wmawia, że nie ma powodów do radości.
Jest zimno, ponuro, pada, a ktoś jeszcze każe Ci rano wstawać z łóżka i iść do pracy czy do szkoły.
Na miejscu cholernie się nudzisz, a nawet za okno żal wyjrzeć, bo i tak nie ma w czym spojrzenia utkwić.
I to jest właśnie depresja jesienna.
Od lat wiadomo przecież, że pogoda wpływa na nastrój człowieka.
Jest słoneczko, to jest wesoło.
Śnieżek pada, też radocha (zwłaszcza dla maluchów).
Wiosna i wszystko wraca do życia – dla każdego znajdzie się zajęcie i aż miło popatrzeć na kwitnące rośliny.
A tu jesień – nic. Kompletna pustka.
I taka deprecha każdego dopada.

Ale zaraz, gdzie się podziała złota, polska jesień? Gdzie ten obraz drzew pokrytych kolorowymi liśćmi, który ongiś mogliśmy podziwiać za oknem? Wszystko niestety uleciało wraz z rozwojem miast i zwiększeniem się stopnia zanieczyszczeń.

Jesienna depresja to stan przejściowy, który łatwiej przyrównać do użalania się nad sobą, niż do prawdziwej depresji.
Wolimy siedzieć w domu przed telewizorem, niż iść gdzieś ze znajomymi i zapomnieć, choć na moment, o troskach dnia codziennego.
I jak tak sobie siedzimy i myślimy tylko nad tym, co nam się dzisiaj nie udało, co będzie jutro i jak tragicznie mija nam miesiąc, to zaczynamy się zastanawiać, co stanie się jutro. Czy nadal będziemy tacy przygnębieni, czy może ktoś zdołuje nas jeszcze bardziej.
I tak się rodzi jesienna depresja, która ustępuje po dniu, tygodniu czy dopiero po miesiącu, kiedy przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia zapychają nam umysły czymś innym, niż tylko nasze problemy.

Każdego to dopada (jak i mnie, co widać po ostatniej notce), ale trzeba sobie przecież jakoś radzić ;)
Podnieśmy tyłki z foteli, idźmy do kina albo na spacer.
A jak jesteśmy bardzo, bardzo leniwi, to przynajmniej sobie z kimś pogadajmy. Możliwe, że i jemu to będzie na rękę.

~ * ~
Szczerze za błędy przepraszam, serdecznie za nie żałuję.
Niby sprawdzam kilka razy przed opublikowaniem, ale cóż.
Polonistą nie jestem, ale staram się jak mogę.

Słowo daję, że popadnę w depresję.

Nie wyspałam się, a początek dnia miałam piękny.
Jak już zrobili sobie tą imprezę z okazji czterdziestolecia szkoły, to niech sami zanoszą krzesła do sal, a nie zaganiają nas do takiej roboty o 7:30.

Jedynym plusem dzisiaj była czwórka z chemii.
I tu się sprawdza stare, mądre porzekadło: „głupi ma zawsze szczęście”.
Niczego się nie uczyłam, bo nie miałam kiedy, a tu proszę, cztery z minusem. Heh…

Okazało się też, że dwójkę z geografii (do której się uczyłam) poprawiłam na pałę (a na poprawę też się uczyłam), jak każdy kto do poprawy przystąpił. W sumie dziwne, bo umiałam o wiele lepiej niż za pierwszym razem, a ocena gorsza…

Matka w domu rzuca się na mnie o byle pierdołę (mogła się wyspać, a nie się teraz na mnie wyżywa), a mój Najmroczniejszy odwleka swój przyjazd.

Jutro mam przyjść na galowo (sic!). Jutro też wyniki z matematyki, z której pewnie też mam pałę, pomimo wielogodzinnej nauki.

Prawdopodobnie odwołają grudniowy Ecchicon

Jesienna depresja?

Amen.

.pro Patria.

2 komentarzy

„Anglicy czy Amerykanie publicznie manifestują swoje przywiązanie do narodowych symboli.”
Na Polaka idącego w koszulce z polskim symbolem ludzie patrzą się jak na kretyna (a czasem porównują do nazisty), ale maszerowanie po Warszawie w koszulce z flagą Ameryki jest w zupełności normalne.

„Polskie flagi wieszamy nie z okazji świąt narodowych, tylko gdy wygrywa reprezentacja.”
Zależy.
Są ludzie i parapety. Jedni wieszają flagi na święta narodowe, inni przed meczem. W obu przypadkach nie ma nic dziwnego. Gorzej tylko, jak mecz przegramy. Nieraz widziałam po przegranym meczu flagę na ziemi, koło śmietnika. I to już jest nienormalne.

„Z hymnu umiemy przeważnie tylko pierwszą zwrotkę, a i tak go nie śpiewamy.”
Prawdziwy Polak zna swój hymn, nie tylko jedną zwrotkę (jedną to znają dzieci w pierwszych klasach szkoły podstawowej, bo więcej od nich wymagać nie można) i śpiewa go, jeśli ma okazję. Chociaż Polak powinien znać cały hymn, to jedna zwrotka to absolutne minimum.

„Za granicą wstydzimy się przyznać do tego, że jesteśmy Polakami.”
Bo pewni ludzie zrobili nam taką genialną reklamę, że czasem rzeczywiście wstyd się przyznać. Z drugiej strony, jak już pisałam, kto w dzisiejszych czasach będzie szedł ulicą Londynu wołając do nieba „I’m from Poland!”? Polakiem trzeba być przede wszystkim w sercu.

„Gdzie się podziała nasza duma narodowa?”
Jest w ludziach, ale głęboko ukryta… Bardzo głęboko ukryta.

Chodzenie w koszulce z godłem jest ZUE, ale zakładanie stringów z nim jest bardzo seksowne i takie ‚kól’ i ‚dżezi’, nie? I to wcale nie jest profanacja, a skąd…

pro Patria!

.pjwstk.

Brak komentarzy

No więc mam wolne… w pewnym sensie, sama sobie je zrobiłam <3

Dzisiaj jest czterdziestolecie naszej szkoły.
Dziesięć osób poszło na uroczystość, siedem (łącznie ze mną) na wykłady do ‚Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technologii Komputerowych’, reszta do domu.

W sumie szkoła całkiem fajna, od cholery Japończyków podobno, ale ja widziałam tylko dwójkę…
Kusi mnie strasznie, szczególnie, że na trzecim roku studiów są wyjazdy do Japonii na pół roku albo rok ^^
I nauka japońskiego dla zainteresowanych! Ale drogo strasznie… W sumie mam jeszcze dwa i pół roku nauki w liceum, ale wolę myśleć o przyszłości… ^^

.state: dead.

1 komentarz
Aplikacje: Fizyka-zestaw_1 [uruchomiony] | Windows Media Player [uruchomiony]
Procesy: Oddychanie | Myślenie
Zużycie procesora: 100%
Tryb awaryjny!

I znów nie mam czasu praktycznie na nic.
Zabija mnie przygotowanie do bierzmowania, nowa szkoła i natłok zadań.
Intryguje mnie też teraz jedna rzecz: czy ludzie naprawdę myślą, że w internecie są anonimowi.
Teraz co druga osoba, która ma konto na naszej klasie, okazuje się zupełnym przeciwieństwem kogoś, za kogo się podawała.
Szesnastolatka ma lat jedenaście, dziewczyna jest chłopakiem…

Jakby nikt już nie pamiętał o tym, że nie ma anonimowości…

Zaniedbuję wszystko, co nie jest związane z bierzmowaniem czy szkołą, nie wysypiam się… Staram się przyzwyczaić do nowego rytmu życia, ale trochę mi to zajmuje. Szczególnie godzinne podróże autobusami do liceum i w drugą stronę… Aczkolwiek spóźniłam się od początku roku tylko trzy razy, to jakiś sukces ^^

Tak, bierzmowanie… już w tą sobotę. I koniec udręki z chodzeniem do kościoła co dwa dni, żeby zawodzić pioseneczki z Panem Stefanem… ><

.spaaać.

Brak komentarzy

No i szkoła się zaczęła…
Nowe miejsce, nowi ludzie. W sumie nie jest tak źle, jak się spodziewałam, ale już po pierwszych trzech tygodniach nauka mnie wykańcza… I te dojazdy, niemal półtorej godziny w jedną stronę zatłoczonym autobusem.
Na dodatek się pochorowałam, wychowawczyni wygoniła mnie na dzisiaj do domu… Upiekło mi się kilka lekcji i sobotnie odpracowywanie któregoś-tam wolnego dnia listopada.

Klasa jest normalna, bez rewelacji, ale pierwszy raz nie słyszę na lekcjach co kilka minut uwag w stylu: „Robert, usiądź prosto! Dominik, nie bujaj się na krześle! Kaśka, schowaj ten telefon!” ^^

Mam w klasie jeszcze trzydzieści jeden osób (z tego co pamiętam, bo już jakieś zmiany były. Ktoś doszedł, ktoś inny odszedł, a ja gubię się w rachunkach).

Profil matematyczno-informatyczno-fizyczny, nie każdemu się to podoba, kilka osób jest z przypadku, bo do innych klas ich nie przyjęli. w tygodniu 37 godzin, do tego kółka. Wsadzili mnie do grupy początkującej, jeśli chodzi o język angielski. I dobrze, podszkolę się… Całe szczęście tylko, że nie ćwiczymy tam kolorów albo liczebników oO

Nauczyciele też nie są źli, naszą wychowawczynią jest matematyczka, więc pewnie z tym przedmiotem problemów nie będzie.

* * *
Ostatnio spotkałam się z moim Kochaniem. I całe szczęście, wyjaśniliśmy sobie kilka spraw. Po małym kryzysie znów wszystko jest w porządku i miejmy nadzieję, że tak zostanie.

* * *
Bierzmowanie zbliża się wielkimi krokami, jednak przed tym muszę się przemęczyć kilka tygodni chodząc na spotkania… Nie było by tak źle, gdyby nie były jedynie po to, abyśmy ćwiczyli śpiewanie jakiegoś hymnu… I czemu w piątek i to jeszcze od 19:00? Jakbym nie miała co robić… Całe szczęście, że już tylko niecały miesiąc i koniec tej udręki ze spotkaniami… ><

Spaaać…

Po raz kolejny coś utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem psychicznie (albo emocjonalnie, zależy od koncepcji) dojrzalsza niż niektórzy, znani mi rówieśnicy.
Dlaczego?
Gdy miałam trzynaście, może czternaście lat stwierdziłam, że nie będę mieć chłopaka. Że jest mi on niepotrzebny, że mam inne rzeczy na głowie niż szukanie swojej miłości ‚na chama’.
Uważałam wszystkie swoje zakochane rówieśniczki za głupie, nieoświecone.
Ale to na szczęście minęło szybko, prawie tak nagle, jak się zaczęło.
Teraz lat mam prawie szesnaście, a kilka moich znajomych w tym samym wieku (może nawet starszych, bo ja z listopada, więc starszym o kilka miesięcy być nie trudno) oznajmia mi, że właśnie zerwały ze swoimi chłopakami i zostają feministkami.
Ale tu nie chodzi o feministki walczące o równouprawnienie czy wolność słowa kobiet w niektórych krajach.
Ten ‚feminizm’ nie uznaje czegoś takiego, jak mężczyzna…
Znamy pojęcie – znaczenia już nie.
Wystarczy nadmienić, że jedynie feminizm lesbijski zupełnie odcina się od społeczności męskiej i uważa ją za niepotrzebną, a już zaczyna się gęste tłumaczenie, że to nie chodzi o całkowite nieuznawanie, że uznaje się tylko w stopniu przyjacielskim – żeby tylko nie wyjść na hetero…
A potem ten tzw. feminizm idzie się kochać.
U co drugiej osoby w opisie na GG widzę tylko miłosne wyznania („KC <R3 :*”) do domniemanych ukochanych, a w rozmowach ze znajomymi nie uda mi się uniknąć opowieści, jak to było fajnie w parku czy kinie i jacy cudowni są ich obecni.

Nie chodzi mi tutaj o ten niby feminizm, bo przez to przechodzi co najmniej 50% społeczeństwa. Chodzi mi raczej o niestałość w uczuciach.
Czemu dziwić się, że dorośli uważają nas za nieodpowiedzialnych i niekonsekwentnych, kiedy co dzień przyprowadzamy do domu innego chłopaka oznajmiając, że to już na pewno ‚ten jedyny’?
Dzięki Bogu nie przeszłam przez ten okres i już pewnie nie przejdę.

Może myślę inaczej niż inni, ale dziwi mnie też miłość do aktorów, piosenkarzy…
Chodzi mi o robienie sobie nadziei, że kiedyś się ich spotka, że kocha się ich z wzajemnością.
Rozumiem miłość nastolatek do zespołów przez nastolatków zakładanych, ale kiedy przykładowa Ania (lat dwanaście) zakocha się w Orlando Bloom’ie albo jakiejś postaci, którą gra? Różnica tylu lat, dwa różne światy, ale Ania i tak będzie sobie robiła nadzieję. Co dzień będzie godziny wpatrywała się w jego plakat i marzyła o tym, że kiedyś będą razem.
Mówi się, że to jest normalne (bo dojrzewanie, bo hormony), że każdy przynajmniej raz zakocha się w osobie dla niego nieosiągalnej.
Więc czy ja jestem nienormalna? Że nie zakochałam się w Depp’ie albo nie płakałam, kiedy Rubikowie się pobrali?
Jestem nienormalna, bo nie mdleję na koncertach Tokio Hotel czy US5, na które i tak nie chodzę?
Dla mnie jest to stan normalny.

I teraz nasuwa się pytanie: czy biorę wszystko poważnie i myślę kryteriami osoby bardziej rozwiniętej emocjonalnie od rówieśniczek, czy jestem nienormalna, że omijam te wszystkie etapy dojrzewania emocjonalnego szerokim łukiem?

A odpowiedzi się obawiam…

.intro.

1 komentarz

No cóż, pierwszy wpis… Trzeba się przedstawić, a ja bardzo tego nie lubię…

Znajomi różnie mnie nazywają, jednak najczęściej mówią do mnie Alex
Lat mam piętnaście (rocznikowo szesnaście, ale bądźmy dokładni).
Ludzie mówią, że jestem zbyt poważna na swój wiek. Jeśli tak jest, to mi z tym bardzo dobrze, ale osobiście uważam, że wciąż pod pewnymi względami jestem dziecinna i niezrównoważona.
Nie widzę powodu, aby mówić o tym, co lubię, a czego nie. Jest to kwestia zmienna, ergo – to, co lubię dzisiaj, za miesiąc może napawać mnie obrzydzeniem.
Interesuje się zwłaszcza muzyką, komputerami, mangą, anime i literaturą, jednak chętnie też rysuję i gram w tenisa czy siatkówkę.
Nienawidzę (tak, to dobre słowo) pustych ludzi. Denerwują mnie wszelakie oznaki tępoty czy ewolucji wstecznej, jaką można zaobserwować wśród nastolatków.
Z charakteru jestem osobą raczej zamkniętą w sobie. Źle czuje się w dużych grupach, dlatego większość rzeczy robię sama.
Często sprawiam wrażenie nieobecnej, lubię posiedzieć w samotności i przemyśleć sobie różne sprawy, z jakimi danego dnia miałam do czynienia.
Bywam wredna, arogancka, czepialska. Jak to powiedziała pewna osoba: „ironia i sarkazm aż z Ciebie wycieka”. W prawdzie nie wiem, ile w tym prawdy, ale…

Plany na przyszłość? Jeszcze nie wiem, od pewnego czasu układam sobie wszystko od nowa.

No i to chyba wszystko…
Resztę poznacie z czasem ^^


  • RSS